Wraz z listopadem, a dokładnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zaczął się sezon polowań na sarny z użyciem broni palnej dla wszystkich tych, którzy nie mają indiańskiej krwi płynącej w ich żyłach i posiadają licencję.

W naszej okolicy ten wyjątkowy czas trwa 14 dni. Terminy w zależności od miejsca mogą się różnić. Jeszcze przed listopadem, jakoś w październiku otwiera się możliwość polowania na sarny z użyciem łuku i trwa do połowy grudnia.

Przy okazji tego tematu widać uprzywilejowanie rdzennych mieszkańców tych ziem, Indian, którzy ze względu na historię nazywani są First Nations. Możliwość polowania z użyciem broni palnej mają aż do stycznia i mogą polować na terytoriach, gdzie pozostali nie mają wstępu. To otwiera im możliwość korzystania z dużo większych zasobów natury. Nadto jeśli upolowana zwierzyna ma być użyta dla celów ceremonii, wtedy o każdej porze roku mają na to pozwolenie.

Dla mieszkańców naszych terenów polowanie jest sprawą wielkiej wagi. Codzienny spokój i cisza została przerwana masowym przybyciem ludzi z okolic. Polują młodzi, starzy, kobiety i dzieci. Co rusz w lesie można napotkać niewielkie obozowiska, kampery, ogniska, a wokół nich grupki ludzi, którzy już z daleka machają i zachęcają do rozmowy.

W związku z tym, że mieszkamy na drodze przejazdu myśliwych, a domy tu są zawsze otwarte, mój teść utworzył „klub śniadaniowy”. Przygotowuje on posiłek i każdy kto wybiera się na polowanie ma możliwość zjeść syte śniadanie. Jest to również okazja do spotkań i rozmów, wspominania ubiegłych lat i podsycania pasji i nadziei na udane łowy w tym roku. Zdarza się, że nawet dzieci w tym czasie uczą się prawdziwego życia u boku swoich rodziców, zamiast iść do szkoły.

Myśliwi wypatrują tropów i szlaków, którymi wędrują zwierzęta. Przemierzają okolicę lub znajdują odpowiednie miejsce do zaszycia się zgodnie z tropami i czekają. Wielogodzinne czekanie nie zawsze kończy się sukcesem. Jednak nie tylko cel się tu liczy, ale sposób spędzenia czasu.

Znajoma ustrzeliła sarnę. Widziałam potem cały proces oprawiania i dzielenia mięsa. Jest to zajęcie całej rodziny. Robią to mężczyźni, ale pozostali uczestniczą. Nawet dzieci uczą się od małego tego procesu.

Kolejnym etapem jest sortowanie mięsa, w zależności od jakości, na: steki, gulasz, kiełbasy, mielone. Następnie pakuje się je próżniowo. W każdym domu, jaki znam jest sprzęt do próżniowego zamykania żywności i ogromne zamrażarki, które pomieszczą znaczną ilość mięsa. Najbardziej ceniona jest polędwica sarnia. To najlepsza partia mięsa, dlatego się jej nie mrozi i spożywa na świeżo.

Każdego roku sezon polowań kończy się wspólnym biesiadowaniem. Spotykamy się w czyjejś leśniczówce. Parę osób zawsze przynosi gitary i dostarcza koncertów na żywo. Pozostali włączają się do wspólnego śpiewania w przerwach między rozmowami. Można spróbować steku ze świeżo upolowanej zwierzyny (z najlepszych partii mięsa), zamarynowanej w syropie klonowym, której smak jest nie do podrobienia. Nasi znajomi mają w domu część ściany specjalnie przeznaczoną na tablice upamiętniające coroczne wyniki łowieckie. Są tam metalowe tabliczki z wygrawerowanymi imionami osób, którym w danym roku powiodło się i upolowały największe zwierzę. Obok nazwiska myśliwego podana jest też waga zwierzęcia. Na mnie zrobiło wrażenie trofeum na ścianie tj. wapiti z ogromnymi rogami, który ważył 250 kg.

Osobom, którym wydaje się to okrutne mogę powiedzieć na obronę, że zwierzyna przeznaczona jest na jedzenie, a z jednego takiego zwierzęcia cała rodzina ma co jeść przez cały rok. Myślę, że zwierzęta na farmach spotyka gorszy los. Tu żyją one dziko i giną od strzału, mogłyby też być napadnięte przez wilki lub kojoty. Najzwyklejsze prawo natury.

img_4453

Reklamy